Jak pewnie niektóry się domyślają w moje rączki wpadła druga książka Katarzyny Miszczuk. I szczerze mówiąc świetnie poprawiła mi humor.
Po wspomnianej już debacie w Piątek byłam tak wykończona,że jedyne na co miałam ochotę to walnąć się na kanapie i obejrzeć jakiś bzdurny film. W poniedziałek czekała mnie kolejna niespodzianka. Projekt do zrobienia na angielski... Kolejna prezentacja... Ale stwierdziłam ,że jeśli przetrwałam dziewięć godzin lekcyjnych gadając to samo to chyba przeżyje niecałe 10 min. Ten tydzień był super męczący mimo ,że trwał tylko cztery dni. Dzisiaj było wolne ale i tak spędziłam ten dzień w szkole bo jestem w kółku teatralnym. Tutaj kółko teatralne to jest big deal. Nie jakaś tam mała scenka jak w Słowaku, tu jest scena z prawdziwego zdarzenia , jest green room, garderoba pełna kostiumów i wszystkie drobne rekwizyty. Tu każde przedstawienie potrzebuje przynajmniej czterech grup. Ludzi od kostiumów, od make-upu , od produkcji i aktorów. Jeszcze do tego jest grupa , która nazywa się publicity i oni zajmują się promocją przedstawienia. Tu teatr dostaje dotacje od prywatnych sponsorów, którym mogą być członkowie twojej rodziny. To zdecydowanie ułatwia prace i dzięki temu możemy zrobić tyle fajnych rzeczy. Poznałam tam sporo zajebistych ludzi. Już teraz wiem ,że będę płakać jak cholera.
Po raz kolejny przekonałam się, że chyba mam szczęście, dobrą karmę czy co tam jeszcze bo moja counselor zapłaciła z moją zimową kurtkę i spodnie na snowboard, kiedy próbowałam ją przekonać,że to nie fair, że wydaje na mnie tyle pieniędzy zbyła mnie śmiechem i stwierdziła " You are so sweet and genuine that I just wanted to buy you something!" Mogę was zapewnić ,że się zarumieniłam. No i druga rzeczy poznałam chyba jednego z niewielu footballistów, który nie jest idiota! A ponieważ miło nam się rozmawiało to 2 albo 3 tygodnie temu napisałam mu " Good luck" i żeby było śmiesznie nasza drużyna wygrała wszystkie mecze a kolega o któremu życzyłam powodzenia dostał koszulkę najlepszego gracza tygodnia... Coś chyba w tym jest... Ponieważ jest Piątek jest i mecz. Dzisiejszy mecz to "Pink out" wszyscy mają na sobie coś różowego bo ten mecz ma wspomóc walkę z rakiem piersi.
Sorry ,że nie ma zdjęć. Nadrobię to, obiecuje!
piątek, 14 października 2011
niedziela, 2 października 2011
A życie toczy sie dalej...
![]() |
| Ja i Rachel przed Homecoming. |
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
| Arizona. |
czwartek, 8 września 2011
czwartek, 1 września 2011
Nie ma czasu na pisanie...
Żyje szybko, trochę w stresie ale to jest wyznacznikiem tego czy sie przystosowałam. Jak na razie można powiedzieć ,że jestem half way there. Szkoła jest wyzwaniem a raczej powinnam napisać słownictwo. Materiał jak na razie jest mi znany z polskich szkół. Jako science wybrałam chemię z czego się bardzo cieszę bo nauczycielka jest super i mam tą lekcje z Rachel. Nadal czuje się w szkole jak kosmita ale poznałam parę super osób. Za mną już prawie 2 tygodnie w nowej szkole. Wciąż nie rozumiem jak ludzie szeptają o tobie siedząc obok ciebie. Niestety ja mogłam to ignorować 3 razy za 4 wcięłam się w rozmowę i sprostowałam. Tak jest czterech wymieńców. Dziewczyny sie zastanawiały kto jest tym 4 i byłam nim ja. (Anuś miałam ochotę napisać : "Jestem numerem cztery" ^^ )Chyba nieźle sie wtapiam w amerykański tłum ,że aż tak trudno stwierdzić... Po raz kolejny nie wiem czy to dobrze czy źle... Szkoła w Polsce oznacza zupełnie coś innego niż tu. Tu więcej się na spacerujesz lub maszerujesz w poszukiwaniu sali i stołówki( jeśli myślicie o "kafeterii" rodem z filmu to się lekko przejedziecie). A propos stołówki, ponieważ w szkole jest z tego co zrozumiałam 4 tysiące dzieciaków co oznacza ,że na jednej przerwie na lunch może być ich około 450 licząc tych co nie jedzą lunchu lub bunkrują się gdzieś, tak więc odgłos jaki towarzyszy stołówce jest gorszy od namolnej sąsiadki odkurzającej o 7 rano podczas gdy wy jesteście po imprezie( czysto hipotetyczna sytuacja). Koniec końców stołówka NIE JEST FAJNA. Lekcje są spoko- 40 min i 6 min na dotarcie do następnej klasy. Ja zaczynam o 8.40 od dwóch godzin angielskiego, który w moim przypadku zwie się Greate Literature/Greate Films - na tej lekcji gadamy dużo o filmie, technikach filmowych i oglądamy filmy, generalnie jest fajnie, potem AP European History- fajnie się dowiedzieć co myślą o europejczykach nasi koledzy od wujka Sama, trochę mieszają sobie średniowiecze z wczesnym renesansem ale co ja wiem... , następnie w planie mam self direct - czyli 40 min na odrobienie lekcji, poczytanie książki i takie tam, ja zazwyczaj uczę się chemii, po SD jest lunch , który jem w towarzystwie host mamy, która pracuje w szkole.A potem jest chemia - jedna godzina teorii a druga laboratorium, w poniedziałki i środy mam tylko jedną godzinę a drugą spędzam w pokoju L, który może uchodzić za Słowakową kolumnową minus kolumny , plus automaty z żarciem i telewizor. A potem Algebra 2- w sumie ciesze sie ,że mam tą lekcje. Babka jest o niebo lepsza niż moja poprzednia. Co prawda jest nieco szorstka w obyciu ale cóż. A potem czas do domu! No chyba ,że jest spotkanie kółka teatralnego wtedy jestem w szkole do 4 ale jest warto. Ludzie , których poznałam do tej pory są super, uwielbiam słuchać jak Rachel gada ze swoimi znajomymi. Ostatnio w szkole koleś po chemii zapytał się czy mówię po polsku , po tym jak dowiedział sie ,że jestem z Polski. Ludzie, którzy spędzili ze mną dostateczną ilość czasu wiedzą pewnie ,że zrobiłam minę w stylu "no chyba sobie żartujesz, nie?" i odparłam"taaa, polski to mój ojczysty język..." na co dostałam odpowiedz " never know...", potem chyba przez 4 dni śmiałyśmy się z tego z Rachel. W ostatni piątek byłam na meczu footballu. I stwierdzam ,że to jest event ,żeby sobie pogadać , pośmiać się i próbować wyrywać graczy. Tego ostatniego nie polecam , generalnie to oni sa tępi. Wyrażenie gadać ze ścianą znajdzie tu idealne zastosowanie. Nie było czasu na odpoczynek w weekend po meczu bo było spotkanie wymieńców z mojego dystryktu. Było całkiem fajnie pomijając początek kiedy wszyscy byli tacy skrępowani ,że pozostało mi tylko gadać ile wlezie żeby sie rozkręcili. I dało radę ale przypomniało mi się Wiktorowo( pozdrawiam tych co byli! Nasze spotkanie było zajebiste!) i to, że niema obok mnie Kity. I wtedy przeżyłam pierwszy atak homesick. Miałam ochotę stanąć na głowie, żeby dostać się na Alaskę i uściskać Kicię. Moją kontemplacje przerwał koleś z Turcji , którego zainteresowały moje okulary przeciw słoneczne i nie tylko... Ale to przemilczę. I tak przez resztę obozu starałam się zaprzyjaźnić z dziewczyną z Belgii , która jest ze mną w szkole oraz kolesiem z Niemiec i kolesiem z Szwajcarii. Jak się okazało moja nowa koleżanka ma słabość do kolesia z drużyny footballowej. Którego , każda dziewczyna określiłaby mianem ot taki typowy piękniś z USA i potwierdzam ten koleś jest super przystojny ale jak już wspomniałam rozmowa ze ścianą była by równie przyjemna. Ale życzę szczęścia V bo ma z nim iść na homecomeing z resztą w sumie do siebie pasują... Dziś jest czwartek i pierwszy dzień szkoły w Polsce więc dedykuję tego posta moim koleżankom i kolegom ze Słowaka :*
Aha i sorry ,że nie ma zdjęć ale tak to jest jak się ma złom a nie aparat. Jak ktoś zna się co nie co na fotografii to niech coś poleci dla laika! :D
Aha i sorry ,że nie ma zdjęć ale tak to jest jak się ma złom a nie aparat. Jak ktoś zna się co nie co na fotografii to niech coś poleci dla laika! :D
sobota, 20 sierpnia 2011
To jest Ameryka tu się mówi :cześć!
Proszę o wybaczenie ale zdjęć na razie nie będzie. Jakoś się nie zebrałam w sobie żeby je zrobić. Ale opowiem wam co nie co jak minęły mi ostatnie dni. Wszystko zaczęło się w samolocie z Wawy do Frankfurtu miałam szczęście siedzieć obok pani , która wiedziała co nie co na temat lotniska we Frankfurcie więc nie denerwowałam się tak bardzo. Ale oczywiście nie obyło się bez problemów. Najpierw kiedy wysiadłam z samolotu we Frankfurcie zobaczyłam ,że na tablicy wyświetla się lot do Philadelphi ale z innego terminalu a powinien być na tym samym. Więc pytam się pana z obsługi co jest grane a on mówi ,że to nie mój lot tylko jakiś inny. Byłam taka zdenerwowana,że nie obejrzałam sie w dwie strony jak normalny człowiek tylko w jedną... Więc potem poszłam w złym kierunku i musiałam sie wracać. Kiedy zapytałam jedną panią z obsugi powiedziała ,że powinnam iść prosto i tam będzie "elevator" ale jak się okazało tej pani chodziło o "escalator". Na szczęście dałam sobie rade i nie spóźniłam się na samolot. Kiedy już usadowiłam sie w fotelu obok mnie miejsce zajęła Hinduska w średnim wieku . Na początku tylko siedziałyśmy koło siebie ale kiedy rozdali nam karty do wypełnienia, żeby przejść przez urząd imigracyjny stwierdziłam ,że lepiej sie zapytać i mieć wszystko wypełnione dobrze niż spędzić pare godzin na lotnisku. I tak zaczęłyśmy rozmawiać. Słowo do słowa i okazało się ,że Pani też leci do Cleveland. Poczułam taką ulgę i takiego farta ,że czułam iż mogę się uśmiechać przez resztę lotu non stop. Niestety później jak się okazało Pani owszem leciała do Cleveland ale z innego terminala i z innymi liniami lotniczymi więc stres wrócił bo ja miałam się dostać z terminala A na terminal F. Pomaszerowałam do miejsca gdzie oficerowie sprawdzają dokumenty i choć już zastanawiałam się jak daleko będę tachać walizki nigdy nie spodziewałabym się tego co wydarzyło się chwilę później. Kiedy poszłam odebrać bagaż zauważyłam ,że są wózki więc w sumie była by to łatwizna ale( cholerne ale pojawia się w najbardziej stresujących/dramatycznych chwilach naszego życia) niestety nie były one za darmo. A automat nie wydawał reszty... Więc jak się chyba domyślacie musiałam tachać 2 duże walizki i małą podręczną... Wyglądałam do tego stopnia żałośnie ,że zatrzymała się obok mnie Mercedes, świeżo upieczona emerytka , która połowę swojego życia spędziła w Niemczech. Co śmieszne ona też leciała do Cleveland ale tym razem już tymi samymi liniami lotniczymi. Pomogła mi z walizką i dzieki niej uspokoiłam się trochę. Potem wsiadłyśmy do samolotu do Cleveland i niestety siedziałam koło takiego jednego buraka ale na szczęście nie zagadywał. Rodzina czekała na mnie w miejscu gdzie odbiera się bagaż. Są kochani. Chyba już wiem skąd biorą się mity ,że większość amerykanów jest dziwnych. Oni bardzo często żartują w sposób , który europejczycy nie ogarniają. Spędziłam , z nimi na razie tylko 2 dni ale w ciągu tych dwóch dni zdążyłam odwiedzić szkołe, 2 biblioteki , iść na zakupy, pomagać w akcji Rotary, zapisać się na siłownię , wymienić kartę na amerykańskie T-mobile i wypić duuuużo wody :P Kolejną zabawną rzeczą jest fakt ,że wszyscy mówią sobie cześć . W sumie zaczyna mi się to podobać ale chyba nigdy w całym moim życiu nie gadałam tak dużo. Kończę wpis bo trzeba wstać i zjeść śniadanie.
wtorek, 16 sierpnia 2011
1 dzień.
Dzisiaj przepakowywałam sie chyba z pięć razy. Oczywiście musiałam poświęcić trochę ciuchów i książek( chlip). Oczywiście dane z dysku poszły w pizdu... No to by było na tyle ale jakoś prezentacje uratowałam dzięki temu ,że miałam kopie na komputerze. To już jutro. Obładowana niczym wielbłąd ruszę na lotnisko Okęcie i polecę za ocean. Następnego postu spodziewajcie się. Jakoś za parę dni jak się jakoś ogarnę. A więc do zobaczenia!
niedziela, 14 sierpnia 2011
3 dni.
Ostatnie 2 tygodnie poświęciłam na spotkania ze znajomymi.Jakoś tak to się rozłożyło w czasie, że miałam okazje na spokojnie porozmawiać, pośmiać się. I jakoś wtedy zapominałam ,że ja gdzieś jadę do momentu kiedy żegnałam się z ludźmi. Wtedy zdawałam sobie sprawę ,że na żywo zobaczę ich dopiero za rok. Przed wczoraj po pożegnałyśmy się z Cremową ( carbonara i frullatti & tiramisu i shake :D ). I było dziwnie zdać sobie sprawę ,że to już ostatni raz. No ale oczywiście nie obyło się bez małych osobistych tragedii. Właśnie mój dysk przenośny oznajmił mi ,że chce zostać sformatowany co wymaże z niego WSZYSTKO. Co przyznam jest mi cholernie nie na rękę. Pomijając fakt ,że miałam tam prezentacje dla Rotary to dysk zawierał muzykę, filmy i zdjęcia. Napięcie sięgnęło zenitu i musiałam wyładować swoją frustrację więc znalazłam jakąś bez sensowną grę i grałam w nią przez jakieś pół godziny. Moją ostatnią nadzieją jest znajomy informatyk. Na trzy dni przed wylotem jestem spakowana w połowie. Jeszcze czeka mnie ostatnie pranie i powiedzmy ,że jestem gotowa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

